Nasz Felieton

Michał Stefański*
7 września 2017

Michał Stefański

500 lat postępu i ...co dalej ?

TRANSGRESJA W KONWENCJI „REWIND”

 

Równo 500 lat temu, w niemieckiej Wittemberdze pewien jeszcze mało znany, ale mocno zawzięty mnich, czujący w sobie palącą chęć reformy zdeprawowanego kościoła postanowił – jak by to nowocześnie określić – wyjść z komórki (come out of the closet) i ukazać światu swoje przemyślenia w pełnej krasie (a wg niektórych – w pełnej grozie). Idąc w ów poranek niedzielny w kierunku kościoła zamkowego miał na sobie brązowy habit zakonu augustianów, w głowie modlitwę, w jednym ręku młotek, a w drugim rulon gęsto zapisanego grubego papieru. Nazywał się Marcin Luter.

Wtedy to właśnie - 31 pażdziernika 1517 roku - w tej nienajwiększej niemieckiej mieścinie cywilizacja europejska wkroczyła na drogę wiodącą najpierw do powstania silnych wspólnot protestanckich (pod patronatem Lutra, potem Kalwina i ich następców), kontrreformacji i odnowy kościołą rzymkiego (de facto wymuszonej okolicznościami), zaciętych wojen religijnych, z których po trzech pokoleniach zrodził się sceptycyzm i dobroduszny indyferentyzm epoki Oświecenia, wiodący wprost w objęcia masonerii, a z czasem (po pamiętnym antrakcie Rewolucji Francuskiej) do XIX-wiecznego liberalizmu oraz proto-antyklerykalizmu, z kolei ściągającego na siebie potępienie instytucji kościelnych.... uff. Jeśli nie liczyć amerykańskiego pomysłu na multireligijne równouprawnienie, to na końcu tego łańcucha POSTĘPU nastąpił całkowity rozdział kościoła od państwa, a było to we Francji w 1905 r. Dwanaście lat później, w stojącej dotąd cywilizacyjnie na uboczu Rosji, doszło do zbrojnego zdobycia władzy przez wojujący marksistowski ateizm. W Meksyku lat 20-ych i Hiszpanii końca lat 30-ych narzucanie owego ateizmu siłą zawiodło. Nazistowskie pangermańskie pogaństwo zawładnęło masową wyobraźnią Niemców na 12 krótkich choć strasznych lat, aby jednak zawalić się z hukiem w roku 1945. Dwa pokolenia potem runęła także dyktatura tzw. realnego socjalizmu w ZSRR i na wschodzie Europy. Cudem atomowa zagłada jakoś ominęła ludzkość. Wg zachwyconego postępem Francisa Fukujamy, miał nas wszystkich czekać już tylko demokratyczny oświecony liberalizm, otwierający nieomal wszystkim szanse rozwoju prawie tak łatwo, jak otwierały się granice poszczególnych państw Zachodu – jedna za drugą. Niektórzy z nas - lub naszych rodziców - mieli prawo się zapytać: czy tak jak teraz, to już będzie na zawsze?

Jak widać - nie ma obawy. Nic nie jest raz na zawsze. Okazuje się, że do końca historii jeszcze jest bardzo daleko. Kiedy w ostatnich dniach sierpnia w dyskusji telewizyjnej na kanale CNN padło metafizyczne słowo „TRANSGRESSION”, instynktownie nadstawiłem ucha. Wszak tego typu słownictwo raczej słyszymy w kościele czy na uniwersytecie, ale nie w telewizyjnym „talk-show”. ”Wykroczenie”, „nie podporządkowanie się normom”, „podeptanie uświęconych zasad” - wszystko to może być po angielsku wyrażone za pomocą owej „transgresji”. To słowo padło w odpowiedzi na zapytanie, o co chodzi milionom Amerykanów – wcale nie zawsze prymitywnych prostaków – bez skrępowania popierających obecnego prezydenta USA Donalda Trumpa. Dyskutant utrzymywał, że czasy logiki arystotelesowskiej w sprawach społeczno-politycznych dobiegły końca i dawna transgresja (t.j. wykroczenie poza normy religii i purytańskiej moralności) jest już intelektualnie „passé”, albowiem nowoczesny „postępowy” styl życia stracił swą atrakcyjność dla coraz bardziej zdezorientowanych „mas pracujących” (w Polsce nazywanych „suwerenem”). Bycie nowoczesnym już nie jest dla nich „sexy”. Ich nowa antypostępowa „TRANSGRESSION” wyrażać się będzie w powrocie do tego wszystkiego czego im zabraniano lub co im odradzano przez ostatnie sto lat. Nazbierało się tego sporo: Tłuste jedzenie, otyłość, rasizm, wstręt do homoseksualizmu, wiara w czary, popularność sekt religijnych (niekiedy nawet skrajnych), podejrzliwość wobec tradycyjnej medycyny (z psychiatrią na czele) - to wszystko będzie najpewniej stale obecne i kultywowane - nie tylko za naszego życia, ale o wiele dłużej. W każdym razie, nie można takiej ewentualności wykluczyć. Czy czeka nas następne 500 lat „anty-postępu”, „odwróconej transgresji”, prześladowania naukowców, psychologów itp? Czy powstanie podziemie nie tylko aborcyjne ale też szczepionkowe obsługujące oświeconą klientelę? A może pewnego dnia pojawią się na scenie społeczno-politycznej „cybernetic Luddites”, śladem pierwszych Luddytów postulujący niszczenie komputerów (nazwa od Johna Ludda z wczesno XIX-wiecznej Anglii, który zawyrokował, że przyczyną cierpień ludzkich są maszyny i wzywał do ich niszczenia). Dość łatwo ktoś może mi zarzucić, że piszę scenariusz filmu science fiction, ale czy naprawdę Droga Czytelniczko i Szanowny Czytelniku jesteście pewni, że tego typu kontrrewolucja w konwencji „REWIND” nie jest tu na Zachodzie możliwa? Zanim mnie wyśmiejecie – poczekajcie może co najmniej 10 lat.

Jest taki - bliski nam kraj - wystawiony na dość podobne pokusy „odwróconej transgresji”. Jest nim rzecz jasna Polska, kraj męczenników – tych z sensem i tych bez sensu - jak również płaczących dębów, krwawiących obrazów oraz 300 praktykujących egzorcystów. Ten kraj właśnie wkracza w fazę przepoczwarzania się. Ciekawe tylko w którą stronę ?

 

Michał Stefański*
10 lipca 2017

Michał Stefański

ODWROTNA STRONA SOJUSZU

 

„Święta, święta i po świętach”. Pamiętam dobrze to przysłowie z dzieciństwa. Działało to na mnie niczym przekłucie pieknego, karnawałowego balonika. Puf... i już po wszystkim. Marzenia sześciolatka zderzają się z twardymi realiami. Balonik napotyka szpilkę. Koniec z szybującą w obłokach jakąś czarodziejską Esmeraldą czy inną karnawalową postacią. Zostajemy tu na tym ziemskim padole z kawałkiem sflaczałej gumy w ręku, która w niczym nie przypomina ulotnych, baśniowych kreacji.

W tamten jeszcze dość pamiętny dzień 6 lipca, świątecznie ustrojony Plac Krasińskich w Warszawie przypominał momentami chicagowskie Jackowo podczas święta 3 Maja czy Bożego Ciała. Bo też i ludzie, których tam zwieziono autokarami z całej Polski nie róznili się wiele od swoich kuzynów dorabiających na budowach czy ciotek harujących na „plejsach” na Greenpoincie czy w kanadyjskiej Missassadze. Zgorszenie warszawskich pięknoduchów na temat kilku chwil niestosownego zachowania rodzimych fanów Donalda Trumpa jest dla mnie nie do końca zrozumiałe. Przecież inne przysłowie mówi; „Kto płaci za orkiestrę, ten zamawia muzykę.” Amerykanie ujmują to jeszcze krócej „What you see is what you get”, co można od biedy przetłumaczyć na „Widziały gały co brały”. Partyjni organizatorzy spotkania prez. Trumpa z wyselekcjonowaną grupą naszych rodaków, bardzo się starali dogodzić rodzimym władzom partyjno-państwowym, a także samemu dostojnemu gościowi złaknionemu najwidoczniej przejawów uznania. W obu przypadkach – (prawie) pełny sukces.

Publicysta centro-prawicowej „Rzeczypospolitej”, Artur Bartkiewicz, dziwi się dlaczego w przemówieniu prezydenta Trumpa brakowało poza nazwiskiem Lecha Wałesy odniesień do wydarzeń ostatnich trzydziestu lat w Polsce. Dlaczego wolał przypominać tę dawną Polskę walczącą i krwawiącą, niż tę, która kiedyś zbudowała Gdynię, a teraz buduje autostrady, nowoczesną armię – nie mówiąc o nadludzkich wysiłkach budowania demokracji (czyżby ludowej?). No, ale takie jest jak widać zapotrzebowanie zarówno strony amerykańskiej, jak też i gospodarzy. Dużo schematycznej historii, dużo emocji, dużo zreszta zasłużonej dumy – a wszystko po to abyśmy się poczuli lepiej. Na krótką metę to działa wspaniale – lepiej niż narkotyk. Z tym, że jeśli za kilka tygodni do jakiegoś ministerstwa w Warszawie przyjdzie sceptyczny okularnik i poprosi o wgląd w kontrakty na najnowsze systemy uzbrojenia amerykańskiego n.p. rakiety Patriot – to przy założeniu, że dadzą mu do nich dostęp – ujrzy on jedynie listy intencyjne i memoranda n.t. chęci zakupu. Kontraktów jak dotąd nie ma. Nie wiadomo z czyjej winy – polskiej czy amerykańskiej. W tym świetle pochwały, a nawet zachwyty dla naszego narodu w ustach Donalda Trumpa stają się zrozumiałe. Zdajmy sobie sprawę, że zanim został on prezydentem był całe życie biznesmenem. A przecież już zwyczajny dealer używanych samochodów wie, że potencjalny klient nie lubi, jak się mu wypomina złe cechy – n.p. nieswieży oddech czy źle dobrany krawat. Śp. Irena Kwiatkowska, wspaniała odtworczyni komediowych ról kobiecych, już w epoce środkowego Gierka w „Czterdziestolatku” podkreslała rolę tzw. „picu” ((uwaga: nie PISu)) w stosunkach handlowych, jak też w wielu innych. Cytuję wspaniałą panią Irenę „Do tego wszystkiego należy mieć dobrego „picownika”. Tak się zdarzyło, że od stycznia Amerykanie już go mają. Ponieważ gaz amerykański raczej nie będzie tani, a na zniżki w zakupie systemów rakiet balistycznych nie ma co liczyć – wobec tego należy stosunki polsko-amerykańskie posmarować obficie wazeliną. A postaci Kościuszki, gen. Pułaskiego czy Chopina pełnią w tym przetargu - nie z własnej woli - rolę żetonów stawianych na stoliku krupiera w Las Vegas czy handlarza bronią z Nowego Jorku.

Jest pewien fragment w mowie warszawskiej Donalda Trumpa, który znajdzie życzliwy oddźwięk w duszy amerykńskiego wyborcy z prawicy, lecz z kolei wielu krajowych stronników PISu uzna go za nieżyciowy i nie pasujący do polskich realiów. Chodzi tu o demonstrację silnej niechęci do biurokracji – każdej biurokracji - w postępie gospodarczym i społecznym. Nasz polski „niemłody gniewny” Paweł Kukiz oznajmił, iż podziela taką właśnie opinię prezydenta USA. Wg niego, dopóki zwykły poseł, a zarazem szef rządzącej partii, ma tak ogromną władzę, świadczy to o tym że kraj wciąż jeszcze tkwi w systemie postkomunistycznym. Niewątpliwie prezesowi PISu niemiła jest rozbuchana i arogancka biurokracja państwowa – ale tylko wtedy jeśli należy do opozycji. Całą resztę załatwia żonglerka słowna w stylu sienkiewiczowskiego Kalego: „Nasz biurokrata – to dobry biurokrata”. Cała sztuka polega na tym, że najpierw trzeba w to uwierzyć – a potem do tego się przyzwyczaić. Paweł Kukiz twierdzi, że do takiego rozumowania przywyknąć nie może i od pewnego czasu sądzi, że PIS zawraca kraj z powrotem do stylu polityki rodem z PRLu. W łagodnej wersji tej ideologii, polityka albo jest etatystyczna, albo w kraju panuje chaos. Taki pogląd byłby uważany w ojczyźnie Donalda Trumpa za socjalistyczny, ale nad Wisłą i Odrą mało kogo razi. No cóż – kwestia przyzwyczajenia.

Spora grupa moich rodaków żywiła obawy, czy aby zjazd G-20 w Hamburgu 2017 nie wejdzie do podręczników historii jako przymiarka do drugiej Jałty. Rozmowy prezydenta USA z szefem Rosji Putinem trwały 2 godz. 17 min. i - formalnie biorąc - nic nie wskazuje na zmianę w polityce Stanów wobec Rosji. Nowy ambasador w Ukrainie Paul Volkert należy raczej do antyrosyjskich „jastrzębi” i kolegów sen. McCaina. O obronie Zachodu mówiono nie tylko w Warszawie, choć akurat tam najgłośniej. Z drugiej strony. właśnie w tych dniach Wegry rządzone przez Orbana podpisały z Putinem umowę o przedłużeniu na swoje terytorium poludniowej nitki gazociągu idącego z południa Rosji przez Turcję na Bałkany. Ale w Hamburgu zdarzyło się coś gorszego niż demonstracja braku solidarności energetycznej Zachodu. Dla wielu obserwatorów wygląda to tak, że w zderzeniu z uśmiechniętym protekcjonalnie Putinem, prezydent Trump wykazywał niespodziewaną chwiejność. Choć prezydent Federacji Rosyjskiej nie przekonał wszystkich, iż jego ludzie nie mają nic wspólnego z mieszaniem się w listopadowe wybory w USA, to od strony medialnej wypadł bardziej prezydencko od gościa zza oceanu, który niedługo potem, po wygłoszeniu krotkiego oświadczenia, opuścił prawie niepostrzeżenie Hamburg i wrócił do domu, darując sobie tym razem konferencję prasową. To się nazywa - mieć alergię na prasę i media.

Nie jest wykluczone, że Trump w najblizszych miesiącach stonuje swoje negatywne podejście wobec Unii Europejskiej. Choć wszyscy wiedzą, że nadal woli on rozmawiać z pojedynczymi państwami w układzie 1: 1; ale ktoś mu jednak wytłumaczył, że wieści o nadchodzącym końcu Unii są bardzo mocno przesadzone. Co do samego paktu obronnego NATO i sławetnego artykułu 5, to pamiętam jak przed dziesięciu laty większość polskiej prawicy watpiła w jego realną moc, zawsze stawiając znak zapytania po deklaracji godnej Trzech Muszkieterów: „Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego”. Tym razem, w roku 2017, sceptycyzm demonstruje liberalna lewica. Ostatnio jeden z jej lepszych przedstawicieli prof. Radosław Markowski pozwolił sobie na zgryźliwą uwagę, że wciąż nie jest pewien jak to będzie z obroną Polski, ale z pewnością nie można wykluczyć obecności polskiego wojska na Bliskim Wschodzie czy na Pólwyspie Koreańskim. Jak widać - istnieje coś takiego jak odwrotna strona sojuszu.

 

Michał Stefański*
20 maja 2017

Michał Stefański

NOSICIELE „GENÓW ZŁA”

 

Jest taka scena w Trylogii Henryka Sienkiewicza, w której organizm rubasznego pana Zagłoby po nietypowo długiej kolejce piwa, wina, czy innego trunku, nie wytrzymuje i nasz bohater zapada w sen, a kiedy proszą go o skomentowanie jakiejś relacji z bolesnego sporu, budzi się na chwilę i wygłasza swój absurdalny werdykt pijaka: „cham – chamem”. Z drugiej strony jednakże, jak się lepiej przypatrzeć obyczajom i wierzeniom rozpowszechnionym wśród tej jedynej warstwy uważającej się za stuprocentowych obywateli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, to pan Onufry mógł z powodzeniem wygłosić podobny pogląd zupełnie na trzeźwo. Albowiem przekonanie naszych rodaków, że ktoś ma w sobie „dobrą”, a kto inny „złą” krew należało w wieku XVII (a i potem też) raczej do standardów niż do wyjątków. Przy czym, jeśli ktoś podpadł w jakiś sposób naszym przodkom, to wyciągało mu się z życiorysu wszystko złe, co tylko było można. Wiśniowieckim, Kisielom, Ostrogskim i innym magnatom proweniencji wschodniej wypominano, że np. sto lat wcześniej wkupili się do elit Rzeczypospolitej poprzez porzucenie prawosławia i wychowanie dzieci w wierze katolickiej. Niektóre rody magnackie w zachodniej Polsce czy na Litwie miały odnogi ewangelickie czy kalwińskie, co uchodziło im na sucho w opinii mas szlacheckich, ale - tylko do czasu. Jeśli w czymś naruszyły one interesy lub wierzenia rozpowszechnione – to odium obcości było im ze złośliwą lubością wypominane bez końca – rzec by można – do dziesiątego pokolenia. Z końcem XIX wieku takie samo traktowanie stało się udziałem spolonizowanego odłamu inteligencji pochodzenia żydowskiego, częściowo nawróconej na katolicyzm (np. tzw. „frankiści”) których polskość była uznawana jakby warunkowo, zależnie od humoru narratora.

W czasach nam współczesnych jest taka klasa obywateli Rzeczypospolitej, która jest następcą tamtych „nieprawdziwych”, „wasser-Polaków” lub „polskojęzycznych” itp. Są to bez wątpienia potomkowie polskich komunistów i w mniejszym stopniu socjalistów z PPS-u. W ich szeregach szczególnie negatywnie naznaczeni są synowie, córki oraz wnuki (pewno też i prawnuki) funkcjonariuszy aparatu służb bezpieczeństwa PRL, skrótowo i pogardliwie zwani „resortowymi dziećmi”. Jak na naród mieniący się chrześcijańskim i katolickim, stopień zacietrzewienia i zawziętości mas ludowych jest w tym przypadku nie do pojęcia dla ludzi z Zachodu. Dla tutejszych – np. z Kanady, USA czy z Anglii - fakt posiadania w rodzinie wujka czciciela kolaboranckiego marszałka Petaina, czy babuni działającej za młodu w komórce partyjnej NSDAP (tj. partii hitlerowskiej) w III Rzeszy, nie ma żadnego związku ani z kompetencjami ani z morale ich córek czy wnuków. Jednakowoż, wśród przynajmniej połowy naszych rodaków znad Wisły sprawa ma się inaczej. Tak jak pan Zagłoba, wierzymy w dobre czy złe pochodzenie. „Moja krew, moja krew”, szepcą nam ze ścian portrety naszych protoplastów – wszystko jedno czy owi protoplaści byli w istocie stronnikami Targowicy czy niezłomnymi powstańcami kościuszkowskimi. Na marginesie warto nadmienić, że owa niezłomność najczęściej nie dotyczy wielu naszych rodzin – no bo wiadomo. Czyjś ojciec czy stryjek nie mógł zrezygnować z kariery, no bo wiadomo – żona, dzieci. Ciocia „musiała” mieć paszport, żeby dorabiać w Anglii. Wszyscy oni (podobno) „musieli” należeć do PZPR. Samo życie. Daleko łatwiej jest pomstować na tamtych mitycznych „komuchów” i „ubeków”, nosicieli „genów zła”. Tu przypomina mi się prawdziwa anegdota z lat osiemdziesiątych tuż po zakończeniu stanu wojennego w Polsce. Miejsce akcji - sekretariat długoletniego prezydenta Szczecina Pawła Zaremby. „Czy pan Zaremba jest komunistą?” pyta prostodusznie dziennikarz świeżo przybyły z RFN. „Ależ co pan?” Gorszy się sekretarka. „On jest tylko w partii”.

Ostatnio na jednym z ostatnich spotkań z czytelnikami, prawicowy publicysta red. Stanisław Michalkiewicz wysunął tezę, że fakt, iż byli oficerowie służb oraz wojska byli szkoleni przez amerykańskie CIA, a także służyli w licznych akcjach na rzecz NATO nie zdejmuje z nich piętna sługusów komunizmu. Niezależnie od zadań, które im powierzano, są oni obłożeni klątwą na wieki wieków. Spróbujmy odwrócić te rozumowanie o 180 stopni. Czy takie postaci jak długoletni szpieg sowiecki (na stare lata osiadły w ZSRR) Kim Philby, a także anglojęzyczny moskwiczanin Edward Snowden dokonując swoich wyborów życiowych są dalej sługusami kapitalizmu, wywiadu MI-6 oraz CIA? Czy fakt wyboru ich sponsora i w efekcie miejsca zamieszkania nic nie znaczy dla ich oceny moralnej? Czy fakt udziału pana Snowdena w audycjach telewizji RT to nieistotna błahostka? Nie sądzę. Co innego jest wykrzyknąć – niczym Mefisto do doktora Fausta w słynnej sztuce Goethego – „BO JESTEŚ TYLKO TYM, KIM JESTEŚ” (Du bist nur immer was du bist!). U Fausta mamy do czynienia z czystą metafizyką. Albowiem zaświaty nie tolerują zakłamania. Ale na poziomie codzienności jest inaczej. Herosów jest mało. Charaktery naszych współbraci są chwiejne – tylko nieliczne są niezłomne. Oczywiście red. Michalkiewicz ma prawo zarzucać całemu Zachodowi – nawet Stanom Zjednoczonym – chęć dalszego podtrzymywania chwytliwej utopii XIX-wiecznych socjalistów o równości, wolności i braterstwie, ale jednak przyznajmy: bolszewik z naganem w ręku w głodującej ukraińskiej wiosce w roku 1930 to zupełnie inny człowiek niż jego wnuczek z laptopem na sali wykładowej jakiejś kalifornijskiej uczelni w roku 2017. Choć schizofrenicy są obciążeni genetycznie, ale nie wykryto genów zła lub genów dobra, którymi obdzielamy naszych potomków. A poza tym, istnieje coś takiego jak rozgrzeszenie – niekoniecznie nawet w konfesjonale. W Polsce, jak wiadomo, absolucję bezwarunkową i ostateczną za polityczne grzechy swoje oraz przodków, otrzymuje się w Warszawie na ulicy Nowogrodzkiej z rąk najwyższego kapłana partii rządzącej. Jeśli Państwo nie wierzą – proszę spytać pana posła Piotrowicza. On wie najlepiej jak to się robi.

 

Michał Stefański*
4 maja 2017

Michał Stefański

KRÓTKI KURS NAJNOWSZEJ HISTORII POLSKI WG PIS

 

Ostatnie półtora roku rządów PISu w Polsce daje niezłe pojęcie o skali zmian planowanych przez rządzącą partię. Ponieważ – na szczęście – nie jest to jeszcze otwarta dyktatura, zatem Polacy (w tym wypadku rodzice) nie będą mogli zrzucić na nią winy za zastąpienie historii Polski historią ... Pislandii. Połowa winy spoczywać będzie na tych polskich rodzicach, którzy poprzez wygodnictwo, obojętność lub niekiedy aktywną kolaborację będą godzić się na tworzoną „na kolanie” ideologię pisowską – tę dziwaczną mieszankę nadwiślańskiego narodowego katolicyzmu z krypto-socjalistyczną retoryką. Pomyślmy, co może się stać jeśli PIS i jego ideolodzy będą mieli dużo czasu i kompetencji aby wcielić w życie swoją własną wizję najnowszej tj. powojennej polskiej historii. Oznaczałoby to, że uczennice i uczniowie nowej „zreformowanej” szkoły nadzorowanej przez min. Zalewską otrzymaliby obraz współczesnej Polski różniący się znacznie od kilku poprzednich. Pytanie brzmi – czy inny to znaczy „prawdziwszy”. Co do tego można mieć wątpliwości.

  1. Początku mitu założycielskiego obozu rządzącego można by szukać – podobnie jak kiedyś w przypadku PPRu - w końcowych dwóch latach II Wojny Światowej. Jest dość pewne, że czynione będą wysiłki aby obniżać znaczenie AK w stosunku do innych formacji podziemia (zwłaszcza NSZ, która będzie przedstawiana jako kolebka „żołnierzy wyklętych”). Za PRL tę rolę do pewnego stopnia pełniła AL. Armia Krajowa będzie przedstawiana jako organizm przeżarty (w domyśle żydowskim) liberalizmem ewidentnym w rządzie RP w Londynie.
  2. Zamordowany w Moskwie ostatni komendant AK generał Okulicki (1946 r.) doczeka się zapewne pośmiertnej „lustracji” (i to z pewnością negatywnej), gdyż zdecydował się na rozwiązanie tej formacji zamiast zostać samemu „wyklętym”, tak jak Łupaszka, Ogień czy Rój.
  3. Polski „październik” roku 1956 najpewniej straci w podręcznikach swój pozytywny blask. Oficjalna interpretacja oznajmi uczniom, że oto dogadali się jak swój ze swoim komuniści-stalinowcy z komunistami-rewizjonistami. A przecież – w domyśle - i jedni i drudzy zasługiwali na kulę w łeb – Kuroń jednakowo jak Berman, Kołakowski jednakowo jak Minc. Fakt, że to właśnie heretycy systemu wybili lufcik na świat zewnętrzny w baraku zwanym PRL będzie mało znaczył dla zapędzonego nauczyciela historii, który wstawi do dziennika „przemądrzałemu” uczniowi (który zaryzykuje swoją interpretację) przysłowiową „tróję na szynach”
  4. Podobnie „miękki” Gomułka może być nawet oceniany gorzej od Bieruta, gdyż oprócz „małej stabilizacji” dopuścił odwilż kulturalną, która wpuściła do PRL podmuchy liberalizmu z Zachodu. Jak to? Teatry, kabarety i koncerty rockowe w okolicach roku 1960 – zamiast sołdatów w szynelach pilnujących białych niedźwiedzi baraszkujących na Marszałkowskiej? Toż to niepedagogiczne! To nie przystaje do pomnikowego obrazka wiecznej partyzantki męczeńskiego narodu. A wiadomo, że żadna ideologia autorytarna komplikacji nie znosi.
  5. Jeśli chodzi o wydarzenia marca 1968 r., to gwarantuję, że ich podręcznikowy opis będzie negatywny. Wg terminologii Kisielewskiego, frakcja „Żydów” w PZPR stoczyła wtedy swój ostatni bój z frakcją „Chamów”. To wtedy wyjeżdżająca z Polski spolonizowana inteligencja żydowska, zostawiła na peronie Dworca Gdańskiego odtąd już stale obecny wśród nas bakcyl liberalizmu. Z drugiej strony, zomowcy pałujący z polecenia partii niesfornych studentów, w opinii wielu rodaków, niekoniecznie wysługiwali sie bolszewikom; wszak „dawali nauczkę” nieprawdziwym Polakom, kosmopolitom, i w ogóle wszelkim rozrabiaczom.
  6. Po roku 1970 w rodzącej się opozycji biorą górę elementy liberalno-lewicowe. To one będą miały przewagę w chwili zakładania KORu (1976 – 77). W tych to latach po długiej przerwie wkracza na scenę zmagań z komunizmem świeżo upieczony narodowiec Antoni Macierewicz, do niedawna fan Che Guevarry.
  7. W czasie polskiego Sierpnia 1980 roku do głosu dochodzi w opozycji drugi nurt – ten narodowy, ale Wałęsa i jego ludzie (w domyśle – agenci) skutecznie go blokują.
  8. Zachód – szczególnie wywiady niemiecki, izraelski oraz perfidna CIA – sypią szczodrze dolarami aby zdestabilizować sytuację w kraju i zaprowadzić tam inną formę socjalizmu. W dużym stopniu im się to udaje. Nagroda Nobla dla Wałęsy zdradza wyraźnie preferencje zachodnich mocodawców gdańskiego elektryka, który jeszcze w latach 70-tych uległ szantażowi SB, a teraz po raz drugi ulegnie namowom zachodnich lewaków aby dogadać się ze słabnącą „komuną”.
  9. Okrągły Stół wg PISu był albo błędem od początku, albo powinien być tylko krótkim antraktem przed rozwiązaniem siłowym, w którym zarówno obie lewice (jedna korowska z Michnikiem, druga partyjna z Kwaśniewskim na czele) oraz liberałowie winni być od władzy odepchnięci.
  10. Na proscenium wysuwa się mąż opatrznościowy Jarosław Kaczyński, który przedstawia swoją wizję Polski, jednakowo niezależnej od wpływów wschodnich jak też od Zachodu. Jednakże większość narodu jeszcze trochę wierzy w „drugą Japonię”, dziki kapitalizm nie każdemu doskwiera, zatem rządy PISu w koalicji z LPR i Samoobroną kończą się po dwóch latach powrotem do władzy liberałów – choć już nie lewicowych.
  11. Kwiecień roku 2010 i niespotykana w historii Polski hekatomba przywódców i działaczy partii politycznych na przedpolach Smoleńska naocznie pokazują rodakom, że wyzwania przed którymi stoi naród mają charakter egzystencjalny. Być albo nie być. W taki to sposób męczeńską Via Dolorosa koronuje „zamach smoleński”. „Prasa niepokorna” dzień po dniu promuje tezę, iż przesiąknięty zachodnim lewicowym liberalizmem Donald Tusk nie wahał się kolaborować z Putinem, aby zgładzić polskiego prezydenta. W optyce „prawdziwych Polaków”, wysiłki unowocześniania państwa to jedynie zasłona dymna mająca ukryć poddaństwo Polski międzynarodowemu kapitalizmowi oraz ateistycznemu i antynarodowemu ... liberalizmowi. Tym niemniej, z owego smoleńskiego cierpienia rodzi się narodowo-katolicka ideologia PISu, podchwycona i wspomagana przez większość hierarchii kościelnej. Pamięć haniebnego kompromisu z roku 1989 ma być na wieki wieków zatarta. Polska historiografia oficjalna skupiać się będzie na przypominaniu starych (i kreowaniu nowych) idoli - tych co się „nie ugięli”. Tym niemniej walka o serca i umysły nieprzerwanie trwa. Wszak nie wszyscy rozumieją, że gra o Polskę dopiero się rozpoczyna.

Tak oto może wyglądać wiedza prymusa-maturzysty ok. roku 2020. Ale wcale nie musi tak być. Liczymy na inteligentne ciało pedagogiczne i samodzielnie rozumujących uczniów, dla których kapryśna „polityka historyczna” tak się ma do historii, jak „demokracja nieliberalna” do demokracji, a krzesło elektryczne do zwykłego krzesła.

 

Michał Stefański*
12 lutego 2017

Michał Stefański

TORCIK PREZESA – CZYLI LUSTRACJA WYBIÓRCZA

 

Nie powiem, żebym się zdziwił, kiedy dowiedziałem się, że nowy (t.j. pisowski) ambasador Rzeczypospolitej w Berlinie - Andrzej Przyłębski - był członkiem służb wywiadu peerelowskiego (TW Wolfgang), który na swoim koncie ma nawet spektakularne wydalenie jako persona non grata z kraju, w którym udawał dyplomatę. To, że spory procent obecnych oficjeli i wyższych urzędników państwowych z nowego rozdania służyło na różnych stanowiskach tej okropnej komunie – fakt ten jest znany tak wielu rodakom, że przestał już być dawno wstydliwą tajemnicą. Podobną drogę życiową ma za soba jeden z mianowanych sędziów „słusznego”- choć niekoniecznie legalnego - Trybunału Konstytucyjnego prof. Mariusz Muszyński. Jednakowoż wielu z nas z pewnością otworzy szeroko oczy dowiadując się przy okazji, że w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej zalega wciąż „zamarynowane” ok. 350 tysięcy nie przejrzanych i nie opisanych oświadczeń lustracyjnych. Jak twierdzą znawcy problemu dwudziestopięciolecia lustracji w III Rzeczypospolitej, ta niesłychana opieszałość przy weryfikacji kadr państwowych nie jest wynikiem lenistwa, braku personelu itp., lecz jest świadomym dzialaniem opóźniającym proces przemian w Polsce po 1989 roku. Myliłby się jednak ktoś, kto by twierdził, że wszystkiemu winna jest P.O. albo szerzej t.zw. „układ” – cokolwiek może to słowo oznaczać. To prawda, że opcja kato-narodowa z PISem na czele narobiła więcej hałasu przy zbieraniu deklaracji od wszelkich notabli, byłych urzędników, działaczy kulturalnych oraz ludzi mediów, lecz z analizą tego morza informacji było (i jest) już o wiele gorzej. Najwidoczniej, faktyczny naczelnik państwa z Nowogrodzkiej wolał się nie spieszyć z wydawaniem przedwczesnych wyroków. Okazuje się, że miał niezłe przeczucie. Teraz, kiedy Prawo i Sprawiedliwosć dzierży pełnię władzy, ów magazyn kompromitujących informacji z IPN-u nie jawi się liderom tej partii jako (używając języka Donalda Trumpa) ... „bagno do osuszenia”. Wręcz przeciwnie. Założę się, że w snach prezesa Kaczyńskiego jest to coś na kształt świątecznego „ciasta-niespodzianki” z bakaliami. Nie wiemy jaka kara spotykała w dzieciństwie niegrzecznego Jarka za wydłubywanie rodzynek, orzechów i kawałków owoców. Dość rzec, że ów nawyk pozostał mu na całe życie.

Aż nadszedł teraz czas, kiedy to od niego - Prezesa (prawie) Wszystkich Polaków - zależy, do jakiej kartoteki sobie zajrzy. Jaki rodzynek wydłubie, jaki orzeszek spróbuje zgryźć. Wszyscy przez NIEGO nielubiani, wszyscy „wrogowie” z Wałęsą na czele, zostali „rozpracowani” i ujawnieni w pierwszej kolejności. Aktualnie resztę „urobku” lustracyjnego mielą pisowskie młyny. O szybkości i wynikach owej obróbki decyduje tylko ON – i nikt inny. Nikt też nie może być uznany za „komucha” czy „ubeka” bez JEGO wiedzy i woli. I tak zwolna od ok. piętnastu lat powstaje nierzeczywisty świat, w którym „czarne jest białe, a białe jest czarne”. Tylko w takim świecie długoletni więzień PRLu Stefan Niesiołowski może być nazwany komuchem przez jakiegoś pisowskiego, młodocianego karierowicza, a eks-prokurator Piotrowicz bryluje jako komunistyczny „Konrad Wallenrod”. To samo z różnymi Przyłębskimi, Kryże, Jasińskimi i tysiącami innych. W młodości wojowali ze zgniłym Zachodem i liberalizmem. Teraz właściwie robią to samo, mając nadzieję, że Nad-Prezes nie dogrzebie się ich kartoteki. A gdyby nawet – to przecież i tak nie wszystko będzie stracone. Wszak ocieplają sie stosunki z Węgrami, Białorusią, Turcją, Salwadorem oraz ...San Escobar (!) Może nawet i sam Donald Trump się zmiłuje w dalekim Waszyngtonie i powie jakieś cieplejsze słówko o polskiej „dobrej zmianie”.

Od dawna eksperci wojskowi i co zdolniejsi oficerowie wszystkich armii na świecie wiedzą, że samo posiadanie „super-bomby” (atomowej lub innej broni masowego rażenia) jest ważniejsze niż faktyczne użycie jej na polu walki. Na tej samej zasadzie - prezes z ul. Nowogrodzkiej woli dalej mieć swoj torcik, niż go szybko skonsumować.

 

Michał Stefański*
30 grudnia 2016

Michał Stefański

PRZEWODNICZĄCY I  JEGO  REWOLUCJA  KULTURALNA

 

W połowie lat sześćdziesiątych zeszłego stulecia na murach miast w Chinach (zwanych wtedy często „Ludowymi”) zaczęły się pojawiać ogromne płachty papieru z zaledwie kilkunastoma hieroglifami  oraz niekiedy kilkoma zdjęciami. Pisane były one językiem prostym, - żeby nie rzec prymitywnym - a w alfabecie chińskim oznacza to stosunkowo niewielki zasób liter (t.j. hieroglifów; ot, tylko tyle aby podać jedną czy dwie informacje i wyrazić gniew oraz  sprzeciw ludu wobec wyobcowanych z narodu elit. W ten to sposób przewodniczący Mao Tse-Tung apelował do mas aby WRAZ Z NIM na czele, ruszyły do boju przeciw korupcji elit w trosce o czystość idei komunizmu. I masy ruszyły. Częściowo z przekonania, a częściowo ze strachu, aby samemu nie znaleźć się przypadkiem po złej stronie rozpętanego przez wodza narodu konfliktu - tej de facto wojny domowej, chińsko-chińskiej – wojny sąsiada z sąsiadem, chłopa z chłopem, robotnika z jego fabrycznym kolegą. Żyjące w skrajnym niedostatku masy brały do ręki gazetki przekazujące proste pojęcia jak MIŁOŚĆ (do partii oraz jej ukochanego przywódcy), NIENAWIŚĆ (do jego wrogów), POGARDĘ (dla, tak jeszcze niedawno adorowanych elit ze świata kultury i polityki), POTĘPIENIE (dla idących na pasku zgniłego Zachodu „anty-chińskich pseudointelektualistów i elementów wywrotowych” ponoć donoszących do liberalnych zachodnich mediów na swoją ojczyznę).

Pomyśleć tylko, że owa zwrócona przeciw własnym elitom (także wewnątrz partii rządzącej) „rewolucja kulturalna” szalała w Chinach z różnym natężeniem przez co najmniej pięć lat. Chociaż o internecie nikt wtedy nie słyszał, okazuje się, że napędzana prymitywnymi hasłami, wykrzykiwanymi w kółko bez żadnej logiki, propaganda nienawiści przeciw elitom była dość skuteczna. Według planu Mao oraz jego junty, każda prowincja, każdy powiat miał za zadanie osiągnąć swoją własną normę „rewolucyjności”, co niebawem wyrazić się miało w setkach tysięcy (o ile nie w milionach) ofiar. Powiedzenie z czasów Francisco Goyi „Gdy rozum śpi, budzą się upiory” znalazło wówczas dobitną ilustrację. Po owym okrutnym eksperymencie na ludziach, zapanowała cisza, a w Europie Zachodniej (nawet w tamtejszych partiach marksistowskich) powiało ... liberalizmem. W tamtych czasach większość z nas (lub naszych rodziców) powtarzała sobie, że kto jak kto, ale świat kultury zachodniej (nawet jeśli w przymusowym sojuszu z ZSRR), jest na zawsze uodporniony na bakcyl totalitaryzmu. Wszak wspomnienia z Auschwitz, Kołymy (a także z ulic Pekinu) były w latach siedemdziesiątych jeszcze stosunkowo świeże.

Jednakowoż początek XXI wieku udowadnia, że nic nie ma na zawsze. Minęło pół wieku. W Europie Środkowo-Wschodniej wyrosły dwa nowe pokolenia, które w większości albo mało wiedzą o dawnych czasach „realnego socjalizmu” – często je idealizując -  albo nie chcą nic wiedzieć, bo zajmują ich n.p. gry komputerowe i życiorysy gwiazd filmowych. W Polsce naiwne wyobrażenia o tym, że można stać  się „drugą Japonią”, w sposób łatwy, lekki i przyjemny zanikły ustępując miejsca głuchej zawiści i rozgoryczeniu z powodu ewidentnych przejawów nierówności społecznej, a także korupcji na styku władzy i wielkiego biznesu. Nic więc dziwnego, że ekipę (z grubsza biorąc  liberalną) nie radzącą sobie z szeregiem problemów zastąpiła inna – tym razem narodowo-katolicka t.j. P.I.S. I tu – patrzcie państwo - jakaż niespodzianka! Mimo tego, że ekipa, od roku rządząca naszym starym krajem, chce się uważać za konserwatywną, nawiązującą do staropolskich tradycji – to jest coraz więcej oznak, iż celem szefa PISu jest - nie bójmy się tego słowa – „rewolucja kulturalna”. No, bo jak inaczej można nazwać widoczne gołym okiem wysiłki przebudowy kraju?  Najpierw nowe elity kadrowe (częstokroć „z łapanki”), robiące ową „dobra zmianę”, mają się przeorientować na zupelnie inny model polskości niż większość z nas sobie wyobrażała. Niedawno lider partii rządzącej, Jarosław Kaczyński, wyznał w wywiadzie dla Reutersa, że gotów byłby poświęcić pewien procent wzrostu gospodarczego, byle tylko jego wizja państwa ziściła się. W najbliższych latach nasi rodacy w kraju będą mieli wiele okazji ustosunkowania się do owej wizji. Te właśnie lata zdecydują czy owa swoista - na razie bezkrwawa - „rewolucja kulturalna” odniesie zwycięstwo. Na początku jesieni prezes Jarosław sugerował, iż w grudniu nastąpią ważne wydarzenia. Teraz wiemy, że nie chodziło mu wyłącznie o Trybunał Konstytucyjny, ani nawet o sejm.  W tej walce stawką jest całe państwo. Wszak sam „przewodniczący” nam to oznajmił.

*Michał Stefański - Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, studia podyplomowe University of Minnesota, pedagog, filolog, tłumacz oraz publicysta. Od roku 1989 pisuje felietony i komentarze na tematy quebeckie oraz międzynarodowe. Współredaguje polskojęzyczną audycję "talk-show" nadawaną z Montrealu, której możecie posłuchać klikając poniżej:

PoloniaHits
PoloniaHits